Bibeloteka

nie tylko o zbędnych ozdobach, ale o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

sobota, 9 września 2017

Taki piękny sierpień minął ...

Sierpień był bardzo bogaty w piękną pogodę i  w wydarzenia, komentuję Wasze posty w miarę możliwości, a jak widzę  wszystkie jesteśmy bardzo zajęte codziennością. Dzisiaj odrywam Was od niej i zabieram  na kilka spacerów po Warszawie i okolicach, parada wojskowa, nowe  bulwary i koncert chopinowski.
Jestem od zawsze pacyfistką, moi synowie mieli zakaz zabawy bronią, a jednak obiecywałam sobie, że kiedyś osobiście obejrzę paradę z okazji Cudu nad Wisłą, bo to przecież wielkie polskie święto. Zdjęć sensownych z parady udało m się  zrobić tylko kilka, bo tłumy zebrały się na Alejach Ujazdowskich i trudno było dotrzeć do pierwszych szeregów. Refleksje mam takie : zawsze na żywo wszystko wygląda lepiej niż w TV, największe wrażenie wywołują loty samolotów, ale drugą moją refleksją jest to, że chyba nie jesteśmy potęgą militarną.:(  To wszystko już było.
Pokazuję to, co podobało mi się najbardziej, samoloty, naszych pięknych "chłopaków" i radośnie witanych amerykańskich żołnierzy.




W Warszawie nastała moda na bulwary, nie dziwię się, bo pamiętam mnóstwo zarośniętych krzaczorów nad Wisłą, a teraz bulwary tętnią życiem, przychodzi tu mnóstwo ludzi z dziećmi, jest gwarno i światowo.
To świetne miejsce do zabawy, bo raczej wśród tej ciżby trudno odpocząć, ale warto nowe bulwary zobaczyć. Jest mnóstwo miejsca do opalania, do posiedzenia z przyjaciółmi w przytulnych  knajpkach, wszystko na totalnym luzie. Chodzi oczywiście o lewy brzeg Wisły, bo na prawym mało się zmienia.


Za dużo gwaru?  Po spokój i relaks byłam w Żelazowej Woli, uwierzycie, że pierwszy raz? W każdą letnią sobotę i niedzielę są koncerty, można posiedzieć przy domku, ale równie dobrze można posłuchać muzyki przechadzając się po przepięknym parku. Urokliwe miejsca, romantyczne zakątki, bardzo stare drzewa, stawy, mostki, a do tego muzyka Chopina, no i klimat inny niż w łazienkowskich koncertach /klik/ /klik/, wszystko jest takie swojskie i spokojne.





 
Patchwork pełen kolorów uszyłam dla naszego wnuka. Nasza wnusia Ida doczekała się braciszka, Jan Aleksander przyszedł na świat 30 sierpnia, dlatego  ten sierpień był taki piękny.



Różyczkami dziękuję  za odwiedziny wszystkim, którzy dotrwali do końca tego długiego posta.
Życzę Wam pięknego tygodnia.:))

piątek, 18 sierpnia 2017

Mieczyki i biblioteczka

Kochani, dziękuję z całego serca za komentarze, na które nie mam czasu odpowiadać, bo pracy ciągle mam dużo, ale dziś  i tematów  mam dużo, kwiaty, nowy nabytek i  o zwierzątkach trochę, czyli o faunie i o florze, nawet "momenty" będą i dlatego  pocięłam post na kawałki.
Gladiole czy mieczyki? Chyba już kiedyś próbowałam je uprawiać, nie udało się, bo żyłam w szalonym pędzie i zapomniałam, że wymagają wykopania i posadzenia na wiosnę. W tym roku wiosną  kupiłam kilka cebulek bezpośrednio od hodowcy, który oferował je w pełnej feerii barw, ale nie do końca wierzyłam w to, że mi się uda i coś z nich wyrośnie. Na szczęście efekt mnie zachwyca  i na pewno będę je hodować .  Kto wie, może w następnym roku odważę się na kilka dalii?


wtorek, 8 sierpnia 2017

Takie kwiatki...

Nie do wiary, że to już sierpień, mam tak dużo do zrobienia, że czasami nie wiem, w co ręce włożyć, a wtedy sięgam po aparat i spokojnie pstrykam, uspokaja mnie to bardzo.
Kiedyś żartowaliśmy z dziećmi, że ulubionym  kwiatem piwosza są PIWOnie, a teraz doszły BROWARie o pięknym zapachu.


Dzieje się sporo w domu i w ogrodzie, miewamy gości na łączce pod domem. Dudek piękny ptaszek o cudownym umaszczeniu i pięknym czubie .
Różne ptaszyny przysiadają na pogaduszki na płocie przed domem, całymi stadami potrafią się rozsiąść na elektrycznych kablach, po czym wystraszone  nawet delikatnym ruchem rozpierzchają się w różne strony.

wtorek, 25 lipca 2017

Pierwszy kącik.

Dziękuję Wam za komentarze o roślinkach, które znacie i macie w swoich ogrodach. Mój nowy ogród jest bardzo nasłoneczniony, brak dużych drzew, oj, pracy mnóstwo
Wszystko mi się sypie z powodu pośpiechu, bardzo szybka przeprowadzka spowodowała to, że nie wiem, w co " ręce włożyć"    Żyjemy na pudłach, ale już wkrótce zapanujemy nad bałaganem, najgorsze jest to, że rzeczy zmieniają miejsce swojego pobytu, wychodzą z jednego pudła i nagle wyłaniają się z zupełnie innego stojącego w innym pokoju. Działa prawo Murphy' ego i złośliwość przedmiotów martwych, które potrafią się tak schować, że zajęci  szukaniem znajdujemy rzeczy, o istnieniu których już zapomnieliśmy. Te których szukamy pojawiają się w najmniej spodziewanym momencie , pomyślicie, moja wina, ale nie zdążyłam opisać zawartości wszystkich pudeł, bo w  ciągu 2 tygodni trzeba było spakować dobytek i ruszać na NOWE. A tutaj brak szaf, kuchni, ale o tym następny m razem
Mogę Wam pokazać pierwszy kącik, który nadaje się  do pokazania, szafkę na buty pokazywałam , zakupione jeszcze na naszym starym targu gotowe okno z lustrzanymi szybami pomalowałam kredową farbą i na razie postawiłam na szafce, wchodząc do domu już jest jakoś milej. Nie mogę się nadziwić, że idealnie pasują w wiatrołapie, a przecież oba mebelki kupiłam  tak dawno.

Ciągle mam łąkę w ogrodzie i jestem zachwycona niektórymi roślinkami, powstają wiązanki do domu, które oswajają nowe lokum.





Kochani, dziękuję Wam za życzliwość, życzę lepszej pogody i dużo uśmiechu mimo wszystko.:)))


niedziela, 9 lipca 2017

5 niezawodnych roślin do ogrodu.

Bukiet dla Was z kwiatków, które rosną na łące w moim ogródku.


Do nowego miejsca udało mi się przewieźć kilka większych roślin, ale tak naprawdę najbardziej zależało mi na kilku bylinkach, bez których mój ogród nie mógłby funkcjonować, ba, nie byłby moim. Niektórym do życia  wystarczy odrobina wody i słońca i o takich dzisiaj, może to  tylko u mnie tak dobrze się sprawdzają, ale na razie są jak pięć palców u jednej ręki. W starym ogrodzie wszystkie były ogromnymi okazami, a tutaj mimo, że wyglądają jeszcze niezbyt pięknie, muszę je pochwalić za wytrzymałość w nowych warunkach. Nie mogę pokazać zbyt wiele, bo na razie mam nie ogród, tylko tymczasową przechowalnię. Wybaczcie więc chwasty, którym też się chce żyć.
Najważniejsze są funkie, zwane hostami, lubią wodę i miejsca zacienione,  wystarczy im niewiele, a są tak różnorodną grupą, że same potrafią w ogrodzie stworzyć ciekawy klimat. Rozmnażam je poprzez podział większych kęp,  czyli wbijam szpadel i wykopuję część. Jedyną wadą host są ślimaki, które przyciągają do siebie jak magnes.



Równie proste w uprawie są pęcherznice, moje to Diabolo o czerwonych liściach, w cieniu mogą stać się zielone. Lubią cięcie i dzięki temu szybko się zagęszczają, bez cięcia nie  wyglądają tak efektownie.

Trzmieliny to fantastyczne rośliny, mam odmianę żółtą i biało zieloną, wkrótce utnę pojedyncze gałązki, żeby się zagęściły, z krzewów powstaną kulki.


Moja  kolejna żelazna roślinka to bergenia, która wiosną ma piękne różowe kwiaty, a przez cały rok ma ogromne liście, z czasem liście przy ziemi mają tendencję do brązowienia (zdjęcie jeszcze ze starego ogrodu) 
Weigela, a bardziej swojsko krzewuszka, która odradza się  w tempie błyskawicznym, sama jestem zaskoczona, że tak jej tu dobrze.

  

Jestem bardzo ciekawa, czy znacie te roślinki, a może macie je u siebie ? A może znacie inne bardzo wytrzymałe roslinki? Na kilku blogach widziałam piękne egzemplarze. Już myślę o berberysach, które też powinnam tu dołączyć.
Dziękuję Wam pięknie za odwiedziny i komentarze,  życzę słonecznej  pogody, gdziekolwiek jesteście.


 

niedziela, 25 czerwca 2017

Mizofonia -czy jestem frustratem?

Kochani.
Bardzo dziękuję Wam za komentarze pod ostatnim postem, jest mi bardzo miło, że podzielacie moje zdanie, a przynajmniej mnie rozumiecie. Witam cieplutko Ulę i Renatę, rozgośćcie się, proszę.
Zdarza mi się ostatnio, że podróżuję pociągiem, nie takim zwyczajnym, gdzie siedzimy zamknięci w przedziałach, a naszymi towarzyszami podróży jest maksimum 7 osób i przy odrobinie empatii można tę podróż spędzić w ciszy. Jeśli ktoś chce zagaić rozmowę, może się to przerodzić w miłą pogawędkę/klik/ Wczorajsza podróż skłoniła mnie do napisania na gorąco tego posta, będzie to osobisty post o kolejnej  mojej słabości.

To nie jest lokomotywa wczorajszego pociągu. Jechałam szybko mknącym cudem techniki, które osiąga prędkość 160km/ h i  200 km pokonuje w ciągu zaledwie dwóch godzin. Bardzo miła obsługa, szemrzący głos z głośnika podaje miejscowość, do której się zbliżamy, na monitorze pojawiają się informacje o przebiegu podróży,  same superlatywy  można by powiedzieć, bo nie muszę prowadzić samochodu, nie stoję w korkach, które coraz częściej są na autostradach,  ale... zawsze wysiadam z tego pociągu zmęczona i bardzo  poirytowana.
Otóż te piękne pociągi nie mają przedziałów, żeby pomieścić jak najwięcej pasażerów i jest to   całkowicie zrozumiałe. Tyle, że w takim długim wagonie siedzą bardzo różni ludzie, niektórzy toczą długie i głośne rozmowy przez telefon i siłą rzeczy muszę się dowiedzieć, dokąd zmierza na wakacje mój współpasażer, jak przebiegał jego dzień, jaką sałatkę zjadła na śniadanie siedząca naprzeciwko mnie kobieta i jak rozwija się synek tej mieszkającej po drugiej stronie ulicy sąsiadki pani z wielką walizką.
Gdyby były to tylko rozmowy! po pół godzinie od startu pociągu zaczynają szeleścić foliowe torebki z jadłem, rozwijają się z szeleszczącego papieru wszelkie ciasteczka i cukierki, mniej więcej co kilka minut dobiega mnie ten znienawidzony szelest, jak zgrzyt żelaza po szkle.

Dziwicie się zapewne, że bardzo  dziwny temat sobie wybrałam na dzisiaj, ale to raczej on mnie wybrał.  Rok temu   zupełnie  przypadkowo obejrzałam reportaż o dziwnym schorzeniu, im dłużej  słuchałam, tym bardziej docierało do mnie, że mówią właśnie o mnie. Reportaż o mizofonii, czyli pewnej nadwrażliwości na dźwięki. Czy możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam uszczęśliwiona, że coś takiego przytrafia się nie tylko mnie, a chodziło właśnie o nadwrażliwość słuchową. Nie zawsze się z tą dolegliwością rodzimy, jej przyczyny nie są rozpoznane, prawdopodobnie winę ponosi inna budowa mózgu. Sposoby leczenia są w trakcie badań, a w tej chwili dostępnym lekiem  są tylko zatyczki do uszu.
Powiecie, że prawdziwym nieszczęściem jest brak słuchu, ale jak się okazuje, sporo cierpienia sprawia też jego nadmiar. Przez całe życie żyłam w poczuciu winy i wstydu, że nie potrafię zaakceptować siorbania, ciamkania, szurania kapciami po podłodze, szeleszczących torebek, chrapania i mogę tak wymieniać bez końca.  Wariatka, prawda?
W domu byłam terrorystką,  moja rodzina musiała jeść cichutko, chociaż zdarzały się awantury, że coś ze mną jest nie tak. Kiedy słyszałam dźwięk siorbnięcia lub najmniejszego mlaśnięcia, powodowało to u mnie przyspieszoną pracę serca, drżenie na ciele, taką dziką furię, że mogłabym zabić.
W akademiku na pierwszym roku studiów nie mogłam spać, bo dziewczyna mieszkająca piętro wyżej do późna w nocy chodziła  w drewniakach, ten stukot po prostu mnie zabijał, a ona nie mogła  zrozumieć, że komuś może to przeszkadzać. Przez wiele lat myślałam, że to rodzaj dziwactwa, bardzo się starałam pracować nad sobą, nie zwracać uwagi na te straszne dźwięki, ale nie zawsze się udawało. Często się zastanawiałam, dlaczego innym ludziom nie przeszkadza szelest foliowych torebek, rozwijanych z papierków cukierków, czy oni naprawdę tego nie słyszą? Dla mnie to były tortury, nie tylko dla uszu, ale dla całego ciała, budziły mój wstręt, pogardę i nienawiść. Jak można w Teatrze Narodowym w trakcie spektaklu szeleścić papierkami od cukierków, wierzcie mi, kilka razy się obejrzałam z taką miną, że w końcu dotarło i kobieta schowała cukierki do torebki.
Kiedy mieszkałam w mieszkaniu w małym bloku, słyszałam kapanie wody w łazience sąsiada za ścianą i skrzypienie drzwi na trzecim piętrze w klatce obok, możecie sobie wyobrazić minę sąsiada, kiedy go poprosiłam o naoliwienie zawiasów w drzwiach do łazienki? Najgorszy jest śmiech i własna bezradność.
Kiedy w kinach  pojawił się popcorn w roli głównej, siadałam jak najdalej od jedzących, żeby nie słyszeć tych odgłosów ciamkania, szurania po pudełku, siorbania Coli. Kilka razy  z tego powodu wyszłam z kina przed zakończeniem seansu.
Jeśli czytacie ten tekst i nic nie rozumiecie, to po prostu Wam zazdroszczę.   Dlaczego o tym piszę? Dla mnie to było odkrycie na miarę Nobla, że ktoś w 2001 roku  sklasyfikował i nazwał schorzenie, z którym żyję tyle lat. Od roku czytam wszystko, co dotyczy mizofonii, sama świadomość, że jest nas tak dużo i nie jestem odosobniona, a przede wszystkim świadomość, że nie jestem wariatką powoduje, że trochę inaczej zaczynam postrzegać wszystko wokół, a i stałam się bardziej wyrozumiała.
Bardzo chciałabym móc nie słyszeć tego wszystkiego, co słyszę, walczę i mam nadzieję, że ten problem Was nie dotyczy.  Jeśli napotkacie kiedyś przerażony wzrok w reakcji na szeleszczący papier mogę to być ja, albo  też  nieszczęśliwa podobna do mnie istota, która cierpi na mizofonię i może o tym nie wie.

Serdeczności Wam przesyłam, życzę pięknych wakacji i wspaniałego odpoczynku podczas urlopów.


piątek, 16 czerwca 2017

Cierpię na nadmiar ?

Nieubłaganie zbliża się godzina W - jak wyprowadzka, a do dzisiejszego posta skłonił mnie post Holly Lu.  Podobnie jak ona  bibelotów wszelakich mam całe mnóstwo i zaczyna mnie to trochę dołować. Sama pakuję do pudeł wszystko, czym obrosłam przez ostatnie lata, a jest tego zdecydowanie za dużo! Za dużo naczyń, świeczników, wianków, świątecznych ozdób, no i książek. Z książkami nie zamierzam walczyć, kocham je, chociaż na dobrą sprawę, ile razy wracamy do tej samej książki? A na półce stoi i zajmuje przestrzeń. Próbowałam czytać za pomocą Kindla, ale to nie dla mnie, nie ma szelestu kartek przy  przewracaniu, kiedy szukam strony, gdzie czytałam, znika cała magia, zdecydowanie  tradycyjna metoda czytania znacznie bardziej mi odpowiada. Z książek na półce nie zrezygnuję, bo są nierozerwalną częścią mojego życia. Są dla mnie przyjemnością.
Z czego więc mogę czy chcę zrezygnować? Zaczynam sobie odmawiać tej drobnej przyjemności, jaką jest wypatrywanie i kupowanie różności. Na towary wyłożone na naszym starociowym bazarze kręcę nosem i bardzo starannie wybieram, sama sobie tłumacząc, że już dość, że dom jest w stanie nasyconym i nic więcej nie zmieści, nowy dom jest co prawda  większy, ale ma więcej powierzchni szklanych, co zdecydowanie zmniejsza ilość miejsc do eksponowania  moich zdobyczy. Takie tłumaczenie udaje się  często i jestem dumna jak paw po każdym niekupieniu "czegoś"  Od czegosiów zaczynałam, potem były meble i przydasie, a teraz zauważyłam bardzo ciekawe zjawisko. W domku zostały tylko przedmioty niezbędne do życia i co się okazało? Znalazłam winowajczynię, podejrzewam, że  wszystkiemu winna jest zmywarka, nawet jeśli jesteśmy tylko we dwoje, musimy mieć więcej naczyń, żeby ją zapełnić. Teraz zmywamy ręcznie i nie muszę mieć tylu zastaw. Można żyć bez nadmiaru, ale czy żeby dorosnąć do takiego stwierdzenia, musiałam się przeprowadzać ? I czy aby na pewno nie sprawia mi ogromnej przyjemności trzymanie w rękach pięknej porcelany? Smak napoju pięknie podanego za każdym razem w innej filiżance to bardzo miłe uczucie dla zmysłów, czy na pewno chcę się tego pozbawiać?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...