Bibeloteka

Bibeloteka

nie tylko o zbędnych ozdobach, ale o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

środa, 17 sierpnia 2016

Lawendowa niespodzianka

Cześć, kochani.
Jakiś czas temu wygrałam Lawendowe candy u Kamilli z bloga Moje domowe zacisze.
Wczoraj dotarła do mnie przesyłka, która wędrowała z bardzo daleka, a była tym bardziej oczekiwana, że do końca nie byłam pewna, co zawiera. Kiedy otworzyłam paczkę, poczułam niesamowity zapach  dobywający się z woreczków wypełnionych lawendą. Ponieważ sama nie robię szydełkowych prac,  tym bardziej mnie ucieszył widok saszetek i  serwetek własnoręcznie wykonanych przez Kamillę, życzenia i zeszyt marzeń. Wiem, że wielu z Was podobają się prace Kamilli, uważam się więc za szczęściarę, że jej piękne prace trafiły właśnie do mnie. Jeszcze raz  dziękuję za zabawę, prezenty w formie kolażu trafiły na ścianę.



Skoro pojawiła się lawenda , to pokazuję skończony niedawno mały patchwork w chłodnej kolorystyce,  chyba trochę sam się zrobił, tak  prawie od niechcenia. Ostatni kwiat  lawendowej gladioli posłużył jako ozdobnik quilta



Kochani, widzę, że nie tylko mnie dopada syndrom połowy lata/ wakacji. Dla wszystkich lekko rozleniwionych kwiatek z najlepszymi życzeniami.:))

niedziela, 7 sierpnia 2016

Jeśli ogród, to w japońskim stylu

Cześć! Dzisiaj oprowadzę Was po ogrodzie japońskim i pokażę miejsce w Dusznikach, które mnie zachwyciło i spowodowało szybsze bicie serca, zapraszam.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia ogrodu japońskiego, byłam oburzona, że można tak strasznie kaleczyć drzewa, podcinać je, wyginać, strzyc, po prostu męczyć. Ta  idea wydawała mi się tak obca, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że oglądam ogród idealny, że to jest właśnie ten styl, który mnie zauroczył, kwintesencja wszystkich ogrodów,  zminiaturyzowany świat przyrody, doskonale ją odzwierciedlający.
Pisałam już o Jarkowie  w tym poście   , bo byłam tam 4 lata temu, w tym roku musiałam być ponownie. Również  Ivonna pisała o tym ogrodzie  TU    .
Pobyt   w Jarkowie zawsze stanowi dla mnie  prawdziwe przeżycie metafizyczne. W chwili, kiedy wkraczam do ogrodu japońskiego, ogarnia mnie spokój,  świat zmienia się na lepsze, odrzucam troski i mogę się tylko zachwycać.
Wokół panuje niesamowita atmosfera, spokój i cisza, w której słyszę tylko szum spadającej kaskadami wody, delikatny stukot bambusowej  rurki- shishito, którą porusza woda. Ogród podrósł, jakby dojrzał, rośliny są zdecydowanie większe, a na pewno gęstsze.




W ciągu ostatnich lat p.Edward  Majcher zagospodarowuje miejsce poniżej dotychczasowego ogrodu, można już zobaczyć początki nowego założenia. Widać, że pracy przed nim jest jeszcze mnóstwo, mam nadzieję, że wszystko się panu Edwardowi uda.


Pora pokazać Wam miejsce w Dusznikach, które mnie zachwyciło i sprawiło, że muszę tu powrócić.
Klony palmowe to moje najukochańsze rośliny, darujcie mi ilość zdjęć, nie mogłam wybrać.
Wyobraźcie sobie, że ze Zdroju zmierzamy na wycieczkę do tzw Rancza, mijamy Czarny Staw, droga prowadzi lekko w górę, po prawej zostawiamy trasę na Jamrozową Polanę, idziemy kilka metrów dalej i nagle staję jak zahipnotyzowana, nie wierzę własnym oczom. Patrzę na ogromne rododendrony, a za nimi wyłaniają się  (na moje oko) ponadstuletnie moje ukochane  klony palmowe: jasnozielony i purpurowy, są tylko  dwa, ale jakie!  Wokół panuje tak czarowny nastrój, że nie mogę się odezwać z wrażenia. Zakaz wchodzenia na posesję przywołuje mnie do porządku, bo natychmiast chciałabym się przytulić do tych pięknych drzew, sprawdzić, jak szerokie mają pnie i jaki zasięg konarów. Takich olbrzymów nie widziałam nawet w Ogrodzie Japońskim we Wrocławiu.
Nie wiem, czy zastanawialiście się, jak wygląda raj, ale dla mnie   to miejsce zawsze będzie jednym z najpiękniejszych wspomnień, taką namiastką raju.


Zdaję sobie sprawę, że większość z Was kocha ogrody angielskie, wiejskie, z grządkami warzywnymi, ale mam nadzieję, że polubicie też te ogrody z dalekowschodnim tchnieniem. W moim ogrodzie mam trochę japońskich elementów, ale nie dam rady zmienić go całkowicie. Szkoda.:(
Serdeczności przesyłam wszystkim zaglądającym do Bibeloteki. :)

środa, 3 sierpnia 2016

Żółty post

Kochani, dzisiaj o tym, jak to kolejny raz kompletny przypadek zrządził, że powstaje ten post.  Tydzień temu wracałam  z bazaru przez łąki i  chaszcze, zerwałam kilka pospolitych roślin, tak pospolitych, że  nigdy się nie zastanawiałam nad ich nazwą,  ale w moim ogrodzie tak mnie zauroczyły, że  urządziłam im  skromną sesję.
Ponieważ dawno temu  popełniłam post  Upał, czyli żółty post ( zastanawia mnie, czemu ten post jest tak popularny ?), powinnam dzisiejszy nazwać  " Żółty post- bez upału." Chociaż tym słonecznym, dla niektórych nawet słoneczkowym  kolorem podkręcam temperaturę, bo w domu od ponad tygodnia mamy choroby, a to katar, a to kaszel taki, że płuca rozrywa, a okazuje się, że to tylko przeziębienie. Oboje  zgarniamy wszystkie zarazki, jak odkurzacze, albo co najmniej pompy ssące, nie pomaga czosnek, ani syrop z cebuli, chyba trzeba będzie zażyć coś z zupełnie innej półki.
W chwilach lepszego samopoczucia zrywałam się do maszyny i pikowałam podkładki, albo kombinowałam, co by tu jeszcze z żółcią wymyślić. To od tych choróbsk (chyba? ) tak  mnie ta żółć zalewa. 



Żółtego ciąg dalszy: smagliczka żółta, która  rośnie u mnie  bujnie każdego roku, a tak ładnie się komponuje z lawendą, lilie  również posiadam, chociaż dużo więcej, aniżeli  zdjęć.



Gladiole żółte też bardzo lubię, załapały się więc przy sztućcach. To jest zbieranina sreberek, ale kiedy patrzę na te wymyślne zdobienia i widoczne ślady zużycia, budzi się we mnie ogromny sentyment. Sztućce nie są doczyszczone na tip-top, bo to dodaje im uroku. Zawsze mnie zastanawia, kim była Katie, dla której zamówiono widelczyk, albo jakiej rodziny inicjały są wygrawerowane na pozostałych sztućcach?


Kochani, dziękuję za wszystkie komentarze, jakoś nie daję rady na nie odpowiedzieć, ale wszystkie czytam wnikliwie. Witam serdecznie nowe obserwatorki, wszystkim zaglądającym do mnie  życzę  dużo zdrowia!

wtorek, 26 lipca 2016

Szyciowo i klejowo.

Dzisiaj robię przerywnik od wycieczek, ale odsyłam Was do Niecodziennego zakątka,  w którym znajdziecie trochę inne, ciekawe  spojrzenie na Kotlinę Kłodzką.
Witam też nową obserwatorkę i zapraszam.
Zapewne znacie  uczucie, gdy pomysł goni pomysł i tak się tęskni do robótek, jakby nagle ręce dostały  ADHD. U mnie tak właśnie było w lipcu, musiałam wykorzystać brak pogody, a najlepiej czas w domu spędzam przy maszynie, albo z pistoletem, oczywiście z klejem. Pomysłów na ozdobienie świeczek miałam już kilka, ale  muszelki są tak wdzięcznym materiałem, że muszę je wykorzystać  każdego roku. Opłaca mi się, bo i miejsca w szufladach zawsze  trochę zyskuję, a i oko mam na czym zawiesić, tym bardziej, że świeczek i świeczników u mnie pod dostatkiem. Patrząc na muszelki, moje myśli natychmiast wędrują nad morze, słyszę szum fal, a na policzkach czuję morską bryzę. Przyznam Wam się, że bardzo do takich prawdziwych odczuć  tęsknię, morza mi trzeba i już.
Pomysły na wykorzystanie muszli i muszelek pokazałam też tutaj. 
Skoro już chwyciłam za pistolet, to pozbyłam się też kilku bukietów zasuszonych róż, dosłownie pozbyłam, bo spora część różyczek rozsypała mi się w rękach, niestety. Stożek jak zwykle zrobiłam z twardej kartki od starego kalendarza, a kwiatki przyklejałam  klejem z pistoletu.
Nie wszystkie prace  pokazuję dzisiaj, ale czasami łatwiej jest je  wykonać, niż pokazać  na blogu, bo po prostu wymaga to trochę czasu i pracy innego rodzaju, a jestem lekko zagoniona.
 
Żeby nie wyjść z wprawy musiałam poćwiczyć szycie i dość leniwe pikowanie na podkładkach, które można wykorzystywać po obu stronach. Wszystko zależy od naszej fantazji, czyli co i w czym podajemy na stół.
Trochę wcześniejsza praca. Co prawda, podobne podkładki już pokazywałam /klik/, ale w ramach ćwiczeń  w pikowaniu powstały kolejne.

Kochani, dziękuję za Wasze odwiedziny, za komentarze i życzę Wam cudownie spędzonego czasu.:))

czwartek, 14 lipca 2016

Z wędrówek w głąb ziemi kłodzkiej

Dziękuję Wam bardzo za miłe  komentarze, postem o Dusznikach obudziłam  w niektórych z Was wspomnienia, a u pewnych osób nawet chęć odwiedzenia miejsc, które pokazałam. Kontynuując wątek o Kotlinie Kłodzkiej, zabieram Was dzisiaj w dość nietypowe miejsca,  czyli w głąb ziemi. Zaczynam od Kłodzka. Podziemna trasa turystyczna znajduje się pod ogromną częścią starego miasta, to tutaj chronili się mieszkańcy w niebezpiecznych czasach.  Dzięki multimediom  widzimy, słyszymy, czujemy i doświadczamy, jak  toczyło się  życie w Kłodzku przed wiekami. Trudy dnia codziennego  w podziemiach obrazują starannie skomponowane scenki, a dobiegające zewsząd odgłosy potęgują wrażenie realności.
 
Podziemia składają się z wąskich i krętych korytarzy, a także dość obszernych komnat, które pełniły funkcje magazynowe i zapewniały  schronienie. W czasach zagrożenia zamieniały się w normalnie funkcjonujące  miasto, w którym mieściła się pralnia, studnia, piekarnia, a nawet karczma.



Wycieczkę kończymy u podnóża Twierdzy Kłodzkiej, ale tym razem interesuje nas zupełnie inna twierdza, na razie dość  mało znana, a warta odwiedzenia.  Z Kłodzka można do niej dojechać przez Ząbkowice, lub przez Nową Rudę. Do samej Twierdzy  Srebrna Góra można się dostać pieszo, lub skorzystać z takiego środka lokomocji.


Twierdza została wybudowana z rozkazu króla  Fryderyka II, dzięki któremu od 1742 roku Śląsk stał się częścią Prus. Budowa trwała w latach 1765-1777, a pracowało przy niej ok. 4000 robotników.   Wraz  z innymi twierdzami służyła do obrony strategicznej przełęczy Srebrnogórskiej, czyli wschodnich rubieży Prus. Została wykorzystana tylko raz, w roku 1807 podczas oblężenia przez wojska napoleońskie i jako jedyna twierdza nie została zdobyta, stad nazywano ją Ślaskim Gibraltarem.



Już z daleka widać ogrom tej budowli i można się zachwycić geniuszem ludzkim, dzięki któremu powstało to miejsce, ale pytanie "W imię czego wznoszono takie budowle?" nie pozwala mi na zachwyty.
Monumentalność twierdzy robi wrażenie, jednocześnie patrząc na tę budowlę jako pacyfistka nie mogę się  pogodzić z faktem, że w tym miejscu życie straciło wielu ludzi, a pobliska miejscowość została zmieciona z powierzchni ziemi.
Mój autentyczny  smutek złagodził cudowny przewodnik, który z ogromnym poczuciem humoru potrafił przybliżyć wszystkie nudne fakty i sprawił, że naprawdę poczuliśmy się, jak mieszkańcy fortecy, zajrzeliśmy do 80 metrowej studni, mogliśmy siąść okrakiem na straszliwej kozie i sprawdzić wytrzymałość naszych uszu na strzelanie.


Widoki, pięknem których można się napawać ze szczytu udowadniają, że budowa tej twierdzy w tym strategicznym miejscu  była uzasadniona, widać stąd kilka pasm   gór, a  przy dobrej pogodzie nawet Ślężę.



Nigdy przedtem nie byłam w kopalni, więc zdecydowaliśmy się zwiedzić  kopalnię w Nowej Rudzie, która znajduje się  w  południowej części Gór Sowich. Jest to   nietypowa kopalnia, bo w 1995 roku zakończyła swoją działalność, dzięki temu  można w niej skorzystać z podziemnej trasy turystycznej, a nawet przejechać się kolejką .
Dla mnie to była trochę czarna magia, chociaż pomysłowy program uatrakcyjnił wszędobylski Duch Kopalni. Poza tym wszystkiego można dotknąć, poruszyć i poczuć się jak dziecko odkrywające nieznany świat. Nauka dla wszystkich:  W KOPALNI NIE ZAKŁADAJCIE ŻÓŁTEGO KASKU!  

W tej kopalni  warunki były koszmarne z powodu zimna, ciemności i straszliwego niebezpieczeństwa, jakim był dwutlenek węgla, a mnie  naszła kolejna pesymistyczna konstatacja,  jakie trudy  musiał ponosić człowiek, żeby przeżyć.

Zamierzenie trochę pobieżnie potraktowałam temat podziemnych wędrówek, nie podałam wielu liczb, nie pokazałam wszystkich zdjęć, ale moim  celem było tylko wskazać te miejsca,  bliższe ich poznanie może nastąpić tylko osobiście. Nie wiem, czy zachęciłam was do wędrówek w głąb ziemi kłodzkiej, mam nadzieję, że mój smutek Wam się nie udzielił i nie jest to post przygnębiający. Dopiero dzisiaj sobie  uświadomiłam, dlaczego go napisałam. Czasami trzeba pojechać na kraniec Polski, żeby na nowo spojrzeć na wiele spraw.
Jakie to szczęście, że nie muszę kryć się przed nieprzyjaciółmi w podziemiach!
Jakie to szczęście,  że nie muszę być pruskim  żołnierzem, skazanym na życie w kazamatach!
Jakie to szczęście, że dla kawałka chleba nigdy nie musiałam pracować w kopalni!
Jakie to szczęście, że nie muszę narażać swojego życia w imię wielkich, ani  małych ideałów!
Jakie to szczęście,  że sama mogę o swoim życiu  decydować!
Jakie to szczęście, że zawsze mam jakiś wybór!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...