Bibeloteka

nie tylko o zbędnych ozdobach, ale o wszystkim, co mnie interesuje, cieszy i nie pozwala bezczynnie usiedzieć w miejscu.

niedziela, 9 lipca 2017

5 niezawodnych roślin do ogrodu.

Bukiet dla Was z kwiatków, które rosną na łące w moim ogródku.


Do nowego miejsca udało mi się przewieźć kilka większych roślin, ale tak naprawdę najbardziej zależało mi na kilku bylinkach, bez których mój ogród nie mógłby funkcjonować, ba, nie byłby moim. Niektórym do życia  wystarczy odrobina wody i słońca i o takich dzisiaj, może to  tylko u mnie tak dobrze się sprawdzają, ale na razie są jak pięć palców u jednej ręki. W starym ogrodzie wszystkie były ogromnymi okazami, a tutaj mimo, że wyglądają jeszcze niezbyt pięknie, muszę je pochwalić za wytrzymałość w nowych warunkach. Nie mogę pokazać zbyt wiele, bo na razie mam nie ogród, tylko tymczasową przechowalnię. Wybaczcie więc chwasty, którym też się chce żyć.
Najważniejsze są funkie, zwane hostami, lubią wodę i miejsca zacienione,  wystarczy im niewiele, a są tak różnorodną grupą, że same potrafią w ogrodzie stworzyć ciekawy klimat. Rozmnażam je poprzez podział większych kęp,  czyli wbijam szpadel i wykopuję część. Jedyną wadą host są ślimaki, które przyciągają do siebie jak magnes.



Równie proste w uprawie są pęcherznice, moje to Diabolo o czerwonych liściach, w cieniu mogą stać się zielone. Lubią cięcie i dzięki temu szybko się zagęszczają, bez cięcia nie  wyglądają tak efektownie.

Trzmieliny to fantastyczne rośliny, mam odmianę żółtą i biało zieloną, wkrótce utnę pojedyncze gałązki, żeby się zagęściły, z krzewów powstaną kulki.


Moja  kolejna żelazna roślinka to bergenia, która wiosną ma piękne różowe kwiaty, a przez cały rok ma ogromne liście, z czasem liście przy ziemi mają tendencję do brązowienia (zdjęcie jeszcze ze starego ogrodu) 
Weigela, a bardziej swojsko krzewuszka, która odradza się  w tempie błyskawicznym, sama jestem zaskoczona, że tak jej tu dobrze.

  

Jestem bardzo ciekawa, czy znacie te roślinki, a może macie je u siebie ? A może znacie inne bardzo wytrzymałe roslinki? Na kilku blogach widziałam piękne egzemplarze. Już myślę o berberysach, które też powinnam tu dołączyć.
Dziękuję Wam pięknie za odwiedziny i komentarze,  życzę słonecznej  pogody, gdziekolwiek jesteście.


 

niedziela, 25 czerwca 2017

Mizofonia -czy jestem frustratem?

Kochani.
Bardzo dziękuję Wam za komentarze pod ostatnim postem, jest mi bardzo miło, że podzielacie moje zdanie, a przynajmniej mnie rozumiecie. Witam cieplutko Ulę i Renatę, rozgośćcie się, proszę.
Zdarza mi się ostatnio, że podróżuję pociągiem, nie takim zwyczajnym, gdzie siedzimy zamknięci w przedziałach, a naszymi towarzyszami podróży jest maksimum 7 osób i przy odrobinie empatii można tę podróż spędzić w ciszy. Jeśli ktoś chce zagaić rozmowę, może się to przerodzić w miłą pogawędkę/klik/ Wczorajsza podróż skłoniła mnie do napisania na gorąco tego posta, będzie to osobisty post o kolejnej  mojej słabości.

To nie jest lokomotywa wczorajszego pociągu. Jechałam szybko mknącym cudem techniki, które osiąga prędkość 160km/ h i  200 km pokonuje w ciągu zaledwie dwóch godzin. Bardzo miła obsługa, szemrzący głos z głośnika podaje miejscowość, do której się zbliżamy, na monitorze pojawiają się informacje o przebiegu podróży,  same superlatywy  można by powiedzieć, bo nie muszę prowadzić samochodu, nie stoję w korkach, które coraz częściej są na autostradach,  ale... zawsze wysiadam z tego pociągu zmęczona i bardzo  poirytowana.
Otóż te piękne pociągi nie mają przedziałów, żeby pomieścić jak najwięcej pasażerów i jest to   całkowicie zrozumiałe. Tyle, że w takim długim wagonie siedzą bardzo różni ludzie, niektórzy toczą długie i głośne rozmowy przez telefon i siłą rzeczy muszę się dowiedzieć, dokąd zmierza na wakacje mój współpasażer, jak przebiegał jego dzień, jaką sałatkę zjadła na śniadanie siedząca naprzeciwko mnie kobieta i jak rozwija się synek tej mieszkającej po drugiej stronie ulicy sąsiadki pani z wielką walizką.
Gdyby były to tylko rozmowy! po pół godzinie od startu pociągu zaczynają szeleścić foliowe torebki z jadłem, rozwijają się z szeleszczącego papieru wszelkie ciasteczka i cukierki, mniej więcej co kilka minut dobiega mnie ten znienawidzony szelest, jak zgrzyt żelaza po szkle.

Dziwicie się zapewne, że bardzo  dziwny temat sobie wybrałam na dzisiaj, ale to raczej on mnie wybrał.  Rok temu   zupełnie  przypadkowo obejrzałam reportaż o dziwnym schorzeniu, im dłużej  słuchałam, tym bardziej docierało do mnie, że mówią właśnie o mnie. Reportaż o mizofonii, czyli pewnej nadwrażliwości na dźwięki. Czy możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam uszczęśliwiona, że coś takiego przytrafia się nie tylko mnie, a chodziło właśnie o nadwrażliwość słuchową. Nie zawsze się z tą dolegliwością rodzimy, jej przyczyny nie są rozpoznane, prawdopodobnie winę ponosi inna budowa mózgu. Sposoby leczenia są w trakcie badań, a w tej chwili dostępnym lekiem  są tylko zatyczki do uszu.
Powiecie, że prawdziwym nieszczęściem jest brak słuchu, ale jak się okazuje, sporo cierpienia sprawia też jego nadmiar. Przez całe życie żyłam w poczuciu winy i wstydu, że nie potrafię zaakceptować siorbania, ciamkania, szurania kapciami po podłodze, szeleszczących torebek, chrapania i mogę tak wymieniać bez końca.  Wariatka, prawda?
W domu byłam terrorystką,  moja rodzina musiała jeść cichutko, chociaż zdarzały się awantury, że coś ze mną jest nie tak. Kiedy słyszałam dźwięk siorbnięcia lub najmniejszego mlaśnięcia, powodowało to u mnie przyspieszoną pracę serca, drżenie na ciele, taką dziką furię, że mogłabym zabić.
W akademiku na pierwszym roku studiów nie mogłam spać, bo dziewczyna mieszkająca piętro wyżej do późna w nocy chodziła  w drewniakach, ten stukot po prostu mnie zabijał, a ona nie mogła  zrozumieć, że komuś może to przeszkadzać. Przez wiele lat myślałam, że to rodzaj dziwactwa, bardzo się starałam pracować nad sobą, nie zwracać uwagi na te straszne dźwięki, ale nie zawsze się udawało. Często się zastanawiałam, dlaczego innym ludziom nie przeszkadza szelest foliowych torebek, rozwijanych z papierków cukierków, czy oni naprawdę tego nie słyszą? Dla mnie to były tortury, nie tylko dla uszu, ale dla całego ciała, budziły mój wstręt, pogardę i nienawiść. Jak można w Teatrze Narodowym w trakcie spektaklu szeleścić papierkami od cukierków, wierzcie mi, kilka razy się obejrzałam z taką miną, że w końcu dotarło i kobieta schowała cukierki do torebki.
Kiedy mieszkałam w mieszkaniu w małym bloku, słyszałam kapanie wody w łazience sąsiada za ścianą i skrzypienie drzwi na trzecim piętrze w klatce obok, możecie sobie wyobrazić minę sąsiada, kiedy go poprosiłam o naoliwienie zawiasów w drzwiach do łazienki? Najgorszy jest śmiech i własna bezradność.
Kiedy w kinach  pojawił się popcorn w roli głównej, siadałam jak najdalej od jedzących, żeby nie słyszeć tych odgłosów ciamkania, szurania po pudełku, siorbania Coli. Kilka razy  z tego powodu wyszłam z kina przed zakończeniem seansu.
Jeśli czytacie ten tekst i nic nie rozumiecie, to po prostu Wam zazdroszczę.   Dlaczego o tym piszę? Dla mnie to było odkrycie na miarę Nobla, że ktoś w 2001 roku  sklasyfikował i nazwał schorzenie, z którym żyję tyle lat. Od roku czytam wszystko, co dotyczy mizofonii, sama świadomość, że jest nas tak dużo i nie jestem odosobniona, a przede wszystkim świadomość, że nie jestem wariatką powoduje, że trochę inaczej zaczynam postrzegać wszystko wokół, a i stałam się bardziej wyrozumiała.
Bardzo chciałabym móc nie słyszeć tego wszystkiego, co słyszę, walczę i mam nadzieję, że ten problem Was nie dotyczy.  Jeśli napotkacie kiedyś przerażony wzrok w reakcji na szeleszczący papier mogę to być ja, albo  też  nieszczęśliwa podobna do mnie istota, która cierpi na mizofonię i może o tym nie wie.

Serdeczności Wam przesyłam, życzę pięknych wakacji i wspaniałego odpoczynku podczas urlopów.


piątek, 16 czerwca 2017

Cierpię na nadmiar ?

Nieubłaganie zbliża się godzina W - jak wyprowadzka, a do dzisiejszego posta skłonił mnie post Holly Lu.  Podobnie jak ona  bibelotów wszelakich mam całe mnóstwo i zaczyna mnie to trochę dołować. Sama pakuję do pudeł wszystko, czym obrosłam przez ostatnie lata, a jest tego zdecydowanie za dużo! Za dużo naczyń, świeczników, wianków, świątecznych ozdób, no i książek. Z książkami nie zamierzam walczyć, kocham je, chociaż na dobrą sprawę, ile razy wracamy do tej samej książki? A na półce stoi i zajmuje przestrzeń. Próbowałam czytać za pomocą Kindla, ale to nie dla mnie, nie ma szelestu kartek przy  przewracaniu, kiedy szukam strony, gdzie czytałam, znika cała magia, zdecydowanie  tradycyjna metoda czytania znacznie bardziej mi odpowiada. Z książek na półce nie zrezygnuję, bo są nierozerwalną częścią mojego życia. Są dla mnie przyjemnością.
Z czego więc mogę czy chcę zrezygnować? Zaczynam sobie odmawiać tej drobnej przyjemności, jaką jest wypatrywanie i kupowanie różności. Na towary wyłożone na naszym starociowym bazarze kręcę nosem i bardzo starannie wybieram, sama sobie tłumacząc, że już dość, że dom jest w stanie nasyconym i nic więcej nie zmieści, nowy dom jest co prawda  większy, ale ma więcej powierzchni szklanych, co zdecydowanie zmniejsza ilość miejsc do eksponowania  moich zdobyczy. Takie tłumaczenie udaje się  często i jestem dumna jak paw po każdym niekupieniu "czegoś"  Od czegosiów zaczynałam, potem były meble i przydasie, a teraz zauważyłam bardzo ciekawe zjawisko. W domku zostały tylko przedmioty niezbędne do życia i co się okazało? Znalazłam winowajczynię, podejrzewam, że  wszystkiemu winna jest zmywarka, nawet jeśli jesteśmy tylko we dwoje, musimy mieć więcej naczyń, żeby ją zapełnić. Teraz zmywamy ręcznie i nie muszę mieć tylu zastaw. Można żyć bez nadmiaru, ale czy żeby dorosnąć do takiego stwierdzenia, musiałam się przeprowadzać ? I czy aby na pewno nie sprawia mi ogromnej przyjemności trzymanie w rękach pięknej porcelany? Smak napoju pięknie podanego za każdym razem w innej filiżance to bardzo miłe uczucie dla zmysłów, czy na pewno chcę się tego pozbawiać?


niedziela, 4 czerwca 2017

Pocztówki vintage

Cześć!
Rzadko coś mnie zaskakuje na naszym targu, a jednak... Ostatnio znalazłam  stare pudło z dużą ilością widokówek i pocztówek, większość stanowiły widoki miast, ale moją uwagę przykuły kobiece  postaci. Nie mam pojęcia, czy te karty pocztowe mają jakąś wartość, czy są oryginalne, wiem, że to dopiero początek mojej nowej fascynacji. Mają w sobie tyle uroku, mimo, a może właśnie dlatego, że są trochę infantylne z tymi podmalowanymi na dość jaskrawe kolorki kwiatkami. Delikatne, zwiewne, zawieszone w dawno minionej przeszłości, gdy chwila decydowała,  że  utrwalony wizerunek będziemy oglądać z przyjemnością. Podkolorowane, wykreowane, wystylizowane, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, miały spowodować, że rzeczywistość stawała się piękniejsza.  Dzisiaj z taką łatwością pstrykamy fotki, wrzucamy do sieci, zapominamy i szukamy kolejnej chwili do utrwalenia, robimy kolejny  dzióbek i jeszcze jeden, jeśli nam się nie spodoba, od razu likwidujemy zdjęcie. Wszystko jest takie proste. Mam wrażenie, że fotografia straciła  trochę magii, odświętności, stała się tak dostępna i powszednia, że zapominamy, jak wielką Sztuką była kiedyś.
Chociaż wiem, że tego typu zdjęcia miały wartość użytkową, były sprzedawane masowo,  niosły jakąś miłą treść, wszak służyły do korespondencji, od razu zaczęłam się zastanawiać, co wyrażają?
Dzisiaj tylko dwie karty  i zapraszam do zabawy, oczywiście, jeśli macie trochę czasu. Czy to mama i córka?  W wyrazie twarzy dziewczynki widzę ogromne oddanie, niemą prośbę, ale o co?
- Weź, mamusiu koszyczek z najlepszymi życzeniami, czy widzisz i doceniasz, że mój bukiet jest większy od bukietu, który dostałaś od mojego brata?
A może to siostry?
A może Wam się uda dopowiedzieć, co wyrażają?



sobota, 27 maja 2017

Pomiędzy...

chociaż post nazwałam początkowo : W rozkroku... Nie będzie o ekwilibrystyce, chociaż przeprowadzki mają  z nią coś  wspólnego. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie ciepłe słowa wsparcia i piękne życzenia na nową drogę życia. Nowych obserwatorów cieplutko witam. Na początek odrobina słodkich truskawek i wianuszek, który zrobiłam w ciągu paru minut dla poprawy nastroju, bo czasu na większe robótki nie mam. 
Dzisiaj  totalny misz masz, czyli odzwierciedlenie stanu mojego umysłu, który znalazł się w dużym rozkroku. Jedną nogą (czyli jakąś częścią umysłu) jestem jeszcze w starym miejscu, bo nasz dom bardzo gruntownie wyremontowaliśmy, prawie osiągnął z nami pełnoletność, mieszkało nam się cudownie przez naście lat, a mój ogród zrobił się prawie bezobsługowy. Żal największy to ludzie, z którymi się zaprzyjaźniliśmy, koleżanki i koledzy z pracy, przyjaciele i rodzina męża, cudowni sąsiedzi,  ogólna stabilizacja.
 


piątek, 19 maja 2017

Trudna życiowa decyzja

Przez całe życie lubiłam zmiany, ciągle mnie ciągnęło dokądś,  potrafiłam bez większych problemów szybko spakować się i ruszyć  w nieznane. Nadeszła pora, żebym po raz kolejny się spakowała i ruszyła...
Nie  sądziłam, że kiedykolwiek spełni się jedno z moich bardzo "realnych" marzeń. Od kiedy nasi synowie wyprowadzili się z domu i zostaliśmy sami, okazało się, że mamy w domu za mało miejsca? Kiedy pracowałam zawodowo potrzebowałam tylko biurka i komputera.  Kiedy zaczęłam swoją radosną działalność robótkową nasz dom po prostu się skurczył ,  zaczęło mi brakować pracowni, w której pomieszczę ogromne ilości wszystkich przydasiów, materiałów do patchworków i prac, które już wykonałam. Nie tylko tym się kierowaliśmy, bo dopóki mamy siły i chęci, chcemy być jak najbliżej dzieci, ale  nie będąc dla nich  przeszkodą. Zdecydowaliśmy  się na przeprowadzkę blisko, ale na tyle daleko, żeby widywanie się  było radosne i oczekiwane. Budowa domu nie wchodziła w grę, gdyż szkoda nam było czasu i nerwów, a wiadomo, że załatwienie formalności i  budowa musi trwać, a my nie jesteśmy tacy młodzi. Poszukiwania gotowego domu trwały długo. Trudno było znaleźć dom nie za blisko i nie za daleko od miasta, z dobrą komunikacją, nie za drogi i nie za duży.  Obejrzeliśmy trochę nieruchomości, ale każda miała wady. A to za blisko głośnej autostrady, a to za duża powierzchnia, wiecie jak to jest. W końcu trafiliśmy pod najprawdziwszą puszczę, na malutkim osiedlu powstało kilka domków, a cisza panuje tu taka, że na moje mizofoniczne usposobienie to miód na serce. Wszechogarniającą ciszę uzupełnia  przepiękny widok na las i uprawne pola. Tak naprawdę to nie jest tak cicho, bo ciągle śpiewają ptaki, bez przerwy, ale ten świergot ptasi bardzo mnie uspokaja.
Takie było nasze  wrażenie, kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy nasze osiedle, jeszcze w czasie budowy, to chyba wtedy podjęliśmy decyzję o zakupie.
Musiałam podjąć ważne decyzje dotyczące wykończenia wnętrz. Część już za mną, nieodwracalne zmiany nastąpiły, większość domu jest wykończona, próbuję opanować ogród, ale sami wiecie, jak trudno jest zacząć. Więc jeszcze w tym poście migawki z mojego kochanego ogrodu. Kiedy wczoraj wróciliśmy i zobaczyłam, jak pięknie wszystko rośnie, po prostu dech mi zaparło i uświadomiłam sobie, jak bardzo żal będzie się rozstawać, nie tylko z ogrodem.
Ale o tym w następnym poście.


wtorek, 2 maja 2017

Patchwork energetyczny

Prosty patchwork, który  pokazuję,  powstał jako jeden z pierwszych, ale kompletnie o nim zapomniałam,  dzisiaj wyciągnięty i rozłożony pomaga mi przetrwać smutny czas niepogody i zimna.  Przy  świeczkach i  gorącej  herbatce, opatulona radosnymi kolorami czekam na wiosnę. 



Na wiosnę czekają też moje roślinki w ogrodzie, pięknymi kwiatami wyróżnia się bergenia, orzech laskowy wypuścił czerwone liście, magnolię Susan ostro przemroziło, pokazuję jedną odnóżkę, która przetrwała. Niestety, zniszczeń jest więcej, padł mały różanecznik i duża mahonia. Poskarżyłam się trochę i już mi trochę  lepiej. Czy te wiosny zawsze będą takie nieprzewidywalne?





Gorąco was pozdrawiam i życzę ciepełka.  :))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...